Ginorzeźnicy

Pin It

Zaczęłam czytać książkę Ginekolodzy Jürgena Thorwalda. Ciarki, przerywanie czytania, chęć zwymiotowania– to nie jedyne emocje, które przychodzą podczas czytania tej książki. I to nie dlatego, że jest zła. Wręcz przeciwnie. Książka jest fascynująca i czyta się ją z zapartym tchem. Jednak przerażenie bierze, gdy wyobrażam sobie te wszystkie okropności, które kobiety musiały przechodzić. Pot, krew, wnętrzności i łzy.

Około 150 lat temu żyliśmy w średniowieczu mentalnym, gdzie kobieta był nieczysta i wszelkie badania, jeżeli już się odbywały, były przeprowadzane przez jednostki, które uważane były przez resztę społeczeństwa za wariatów, niemający skrupułów moralnych. Oczywiście, bardziej powszechne było zawiązywanie oczu i na czuja macanie palcem, czasami przez odbyt, który był mniej skażony grzechem, według kościoła, niż pochwa. Niekiedy wielkie suknie i halki wplątywały się w ręce ginekologów i trochę je wyczyściły. Bo jak wiadomo, dopiero Ignaz Philipp Semmelweis uzmysłowił sobie i innym, że należy myć ręce po wyjściu z kostnicy, przed badaniem kobiet i odbieraniem porodów. W wyniku tego światopoglądu, wiele białogłowych umierało z powodu różnych zakażeń, powikłań, braku fachowej opieki. A jeżeli już nie konały w męczarniach, to komfort ich życia równał się zero, z powodu przetok lub innych dolegliwości. Jednak i tak musiały spełniać swój obowiązek małżeński, oddawać się swojemu panu, zachodzić w ciążę, rodzić dziatwę, i w końcu umierać.

Oczywiście nie wszystko szło jak po maśle, czasami taki bachorek utknął w łonie matki. Wtedy na pomoc przychodziła najczęściej akuszerka. Ze swoimi wielkimi szczypcami, hakami, kleszczami miażdżyła dziecko w środku i wyciągała je po kawałku, ratując przy okazji matkę. Potem kościół się wtrambolił i uznał, że takie dziecko musi być ochrzczone i koniec. Akuszerki, bojąc się kary, pozwalały matkom umierać, wyciągając z łona kawałek tylko rączki czy nóżki, by pokropić wodą święconą, natomiast kobita konała w ogromnych męczarniach. Później porodami zajęli się ginekolodzy, którzy bardziej „profesjonalnie” podchodzili do tematu. Nie wiadomo ile, ale na pewno niezliczona rzesza niemowląt została z uszkodzeniem mózgu. Wynikało to przede wszystkim z ignorancji i głupoty. Np. ginekolodzy zakładali się, kto w szybszym czasie wyciągnie za pomocą kleszczy dziecko, oczywiście bez dotykania i na oślep, bez patrzenia na łono.

Takie to były czasy, do których niestety powolutku dążymy. Książka Ginekolodzy jest nader aktualna, i nie stanowi tylko tła historycznego, ale jest przede wszystkim prorocza i ostrzega, co nas czeka w najbliższej przyszłości, jeżeli nie powiemy głośno NIE.