Pin It

Do moich rąk dostała się ostatnio książka „Wakacjuszka” Zofii Mierzyńskiej, napisana w latach 90. Opowiada o imigrantach z Polski, mieszkających w Chicago. Tytułowa wakacjuszka jest kobietą około 40-50-letnią, pochodzącą z małej wsi z Polski, zamężną, z dwójką dzieci, która wyrusza do obcego lądu, by zarobić na traktor i remont domu. W końcu wszyscy tak robią. Wioska opustoszała, a ci, którzy zostali, czekają na wymarzone zaproszenie od krewnych, znajomych. Jej się udało.

Na samym początku prowincjonalna, zapyziała kobita, niepotrafiąca się odnaleźć w nowej rzeczywistości, zastraszona, mieszkająca w piwnicy, z odzywającym się reumatyzmem, zaczyna rozumieć zasady gry. I radzi sobie świetnie. Jednak przez pierwsze parę lat haruje, daje się wykorzystywać, nabierając się na kolejnych mężczyzn, będących w podobnej sytuacji jak ona. Każdy chce przetrwać, zarobić i zaoszczędzić jak najwięcej, a jest tam jedynie robolem, bez karty stałego pobytu. Nie ma miłości, przyjaźni, bliskich relacji, jest tylko potrzeba. Potrzeba namiastki normalności i tęsknota, która zamienia się w pogoń za byciem tutaj, a zarazem uniknięciem perspektywy tam. Bo Polska jest w sercach, a pieniądze są na rękach. Wzruszające listy, pełne pompatycznego tonu, przykryte poczuciem obowiązku, odpowiedzialnością za rodzinę, która została w domu, zamieniają się z czasem w niezrozumiałą chęć pozostania. Gdy w końcu zasmakuje się życia, w którym jest się „panią”, sprzątającą gówna z kibla, ciężko od tego uciec. W Polsce jest się wieśniarą, z dwójką dzieci, niezbyt oczytaną, ledwie wiążącą koniec z końcem, z mężem niedorajdą, który nawet kobiety porządnie nie potrafi zaspokoić. Co innego tutaj, w Chicago, cały czas czekając, łapiąc się kolejnych zajęć, i sypiając z mężczyznami, którzy tak pięknie o miłości mówią. A nadzieja na większe pieniądze jest w zasięgu ręki, wystarczy odpowiednio się zakręcić. W Polsce takich perspektyw nie ma.
„Wakacjuszka” jest napisana w sposób zabawy, prześmiewczy, pokazująca, „jak tam naprawdę wygląda”.

Często widzę osoby, które mieszkają w innym państwie i deklarują swoją wielką miłość i patriotyzm. Dobrze, ale bez przesady. Mądrzenie się na temat kraju, z którego dało się dupska, wzniosłe teksty i łzy w oczach, aż do porzygania, to jest poniżej pewnego poziomu. Zachowajmy pewien umiar, a nie hipokryzja aż się niesie. Spieprzyło się dla kasy, spoko, nie ma w tym nic złego. Ale robienia z siebie panicza czy pańci, sranie na lewo i prawo komentarzami o wielkości ich poglądów, które wynikają z braku obiektywizmu, jest sraką, której nikt nie chce słuchać.