Duchowość mechaniki kwantowej…

Pin It

Często można spotkać się z przenoszeniem pewnym terminów fizycznych, matematycznych, biologicznych czy chemicznych do sfery humanistycznej. Niekiedy jest to subtelne, mało rażące i nie przynosi wielkiej szkody. Lecz bywa czasami, że niektórzy pseudonaukowcy wykorzystują terminy z innych dziedzin, by nadać swojej „teorii” miano naukowej. Niestety, ku mojemu niepocieszeniu, ludzie rzeczywiście to kupują.

Oczywiście bywają osoby, które mają wyczulony zmysł na wodolejstwo i nie dadzą sobie wciskać byle jakiej głupoty, jednak niefortunnie, takich osób jest garstka.

Dla osób, które chciałby dowiedzieć się więcej, polecam książkę Modne bzdury Alana Sokala i Jeana Bricmonta. Natomiast tutaj chciałabym się skupić na pewnym konkretnym przykładzie, który ostatnio znalazłam w tak zwanym czasopiśmie dla kobiet.

Mianowicie chodzi mi o nadużywanie terminu kwantowy, bodajże pożal się boże, wszędzie gdzie popadnie. Rodzynek w kutii, który mam na myśli, odnosi się do kwestii duchowości. Znany terapeuta, psycholog i trener, jak pewnie sam ten pan się określa, zastanawia się nad doświadczeniem duchowości i bierze do tego rozważania dział fizyki, który jest ostatnio popularny. Już od pierwszych zdań można wywnioskować, że mamy do czynienia z inteligentnym człowiekiem, który sprawnie manewruje terminami i rzuca je w odpowiednich momentach, by poprzeć swoje stanowisko. Szkoda niestety, że robi to by zmylić czytelnika. W rzeczywistości jego wypowiedzi nie trzymają się kupy. Nie odpowiada na pytania, rzucone też bez pewnej dawki profesjonalizmu, przytacza cytaty, które używają podobnych terminów, ale są z zupełnie innych dziedzin i nie mogą być zestawione obok siebie. Na dodatek pytanie, jakie konsekwencje fizyka kwantowa będzie miała na życie duchowe przeciętnego człowieka, jest rzucone z kapelusza. Rozumiem, że nadgorliwość jest cechą naszych czasów, lecz nawet fizycy pracują w pocie czoła od ponad 100 lat, by rozwikłać zagadki tej wspaniałej dziedziny, a tutaj pojawia się jakiś laik (jak sam siebie określa) i wie, jakie zastosowanie może mieć mechanika kwantowa względem depresji, utraty pracy, związków. Co ciekawe, pod jego terminami fizycznymi, nie kryje się nic innego, jak tak zwane nauki wschodu. Z podobnymi teoriami miałam do czynienia, gdy dwukrotnie udałam się na medytację i pan prowadzący opisywał niedualną rzeczywistość. Z tego można wyciągnąć tylko jeden wniosek: każdy może pieprzyć. Jednak tylko nieliczni są tak bardzo pewni siebie i bufoniaści, by bez żadnego pokrycia korzystać z terminów, które nijak mają się do przez nich formułowanych twierdzeń. Trzeba przyznać, że owy psychoterapeuta ma tupet. Najbardziej spodobało mi się zdanie, w którym mówi, że, aby zrozumieć o czym fizycy kwantowi mówią, należy samemu poznać doświadczenie, możliwe jedynie wtedy, gdy wyciszymy swój umysł, za pomocą technik medytacji, koncentracji czy modlitwy. No naprawdę, polecam studentom fizyki przed egzaminami.

Jak już wspomiałam, niestety ludzie nabierają się na podobnego rodzaju pseudonauki, które obfitują terminami nie ze swojej dziedziny. Zwłaszcza psychologia próbuje wyłapać z różnych ścisłych teorii przydatne dla siebie informację i przerobić je wedle własnego uznania. Świat jest pełen szarlatanów – o czym już dawno temu wspominał Feynman.

Przypadek który opisałam idealnie wpisuje się w książkę Tomasza Witkowskiego Zakazana psychologia, którą również polecam. Z trwogą piszę, że nic się nie zmieniło i nie zapowiada się, że się zmieni. Póki ludzie będą nabierać się na podobne hasła i płacić za terapie, oparte na kłamstwie, to świat pełen będzie szarlatanów, pseudonaukowców, sprzedających swoje luźne historyjki.