MIASTOFOBIA

Pin It

Przestrzeń miejska, kiedyś przyciągała ludzi, świeciła, nęciła, kusiła, stanowiła wyraz statusu społecznego. Jeszcze do niedawna istniała przepaść między osobami mieszkającymi w miastach, a ludźmi, którzy od pokoleń zamieszkiwali wsie, małe miasteczka, gdzie cała społeczność się znała i wiedziała o sobie niemal wszystko.
Obecnie te granice straciły znaczenie, nie ma już różnicy ani mentalnej ani materialnej między tymi dwoma grupami osób. A wręcz nastąpiło pewnego rodzaju zachwianie. To ludzie, którzy od dziecka mieszkali w miastach, zaczynają uciekać do domków jednorodzinnych, gdzieś na peryferie, najlepiej, jak najdalej od cywilizacji, całego tego zgiełku, hałasu, szamotaniny, szukając spokoju, zieleni i własnego miejsca.
Niektórzy nie rezygnują całkowicie z miasta, w ciągu tygodnia dojeżdżają do pracy, tracą na to godziny, mordując się w korkach, a wieczorem wracają do domu, zmęczeni, zapadają niemal od razu w sen, lecz gdy nadchodzi weekend, czują, że było warto. Czas spędzony w gronie najbliższych, na własnym tarasie, patrząc na rozkwitające drzewa, spokój, cisza, bliskość, rekompensują wszelkie niedogodności, wynikające z miejsca zamieszkania.

Większość trzydziestolatków marzy o działce, na której mogliby wybudować dom, to również jest moje marzenie. Ale ciężko się dziwić, gdy miasto straciło swój urok. Jestem psiarą, która lubi długie wycieczki ze swoim psem. Niestety większość centrum miast w Polsce jest niedostosowane do takich osób. Nie ma trawników, a jak już są, to widnieje napis: „Zakaz wyprowadzenia psów”, wszędzie beton, ciasnota i szarość. Brakuje skwerów, gdzie można byłoby wyjść, pobawić się z psem, porzucać piłkę, i nie spotkać się od razu z karzącym wzrokiem przechodniów. Czasem zdarzają się niemiłe uwagi, obrażające mnie i mojego psa. Nie jest to wyłącznie mój problem. Z każdym z kim rozmawiam, narzeka, że brakuje miejsc przyjaznych dla rowerzystów, biegaczy, psiarzy, rodzin, osób starszych, młodzieży. Dlatego każda grupa się burzy i skacze sobie do gardeł, walcząc o skrawek własnej przestrzeni.Można na przykład zauważyć, że zmniejszyła się liczba ławek, co jest dziwne, bo przecież społeczeństwo się starzeje, stąd też ławki stają się niezbędnym elementem krajobrazu miasta. Dzięki nim tworzy się społeczność, wspólne wieczory, rozmowne poranki – zaczyna tego brakować. Starsze osoby chowają się w domach, bojąc się urazów, zmęczenia. Brakuje łagodnych podjazdów dla osób na wózkach inwalidzkich czy z małymi dziećmi. Czasami ich w ogóle nie ma: sterta schodów przeraża swym rozmiarem, a poruszanie staje się koszmarem. Krawężnik, który dla zdrowej osoby jest błahostką, dla kogoś, kto ma problemy z chodzeniem, jest przeszkodą, niekiedy nie do pokonania.W miastach nie uwzględnia się pojedynczych grup, lecz złudnie szuka się złotego środka, by koszty zaoszczędzić i dogodzić jedynie wybranym. Prowadzi to do wykluczenia, konfliktów i zamykania się w czterech kątach.Z tego też powodu pojawiła się tendencja do odgradzania się. Tworzenia bram, płotów, oddzielających nas od sąsiadów z kamienic obok. Osiedla, które powstają są owinięte szeroką siatką, żeby żaden obcy nie miał wstępu. Kiedyś dzieci mogły biegać tam i z powrotem, teraz patrzą na siebie zza krat i udają, że to jedynie przeszkoda, przez którą można przerzucać piłkę. Trzepaki znikają, pojawiają się place zabaw, które przesiąknięte są sterylnością. Regulamin, to coś, co charakteryzuje dzisiejszą przestrzeń miejską.
A tak niewiele trzeba, by to zmienić. Wystarczy przestać się bać. Przecież miasto nie powinno być martwe, powinno tętnić życiem, przyciągać mieszkańców, zachęcać do wyjścia, spędzania czasu w samym sercu, i sprawiać, że ludzie całkowicie nieznajomi zaczynają mówić wspólnym językiem, poznawać się i wspólnie spędzać czas. Miasto jest dla mieszkańców, a nie na odwrót, a niestety, wszelkie zabiegi, wyżej opisane, sprawiają, że ludzie chowają się po domach lub wyjeżdżają, gdy tylko nadarzy się okazja. Miasto przestało nęcić, stało się mało atrakcyjne, zbyt hermetyczne i owinięte płaszczem ochronnym, uniemożliwiającym oddychanie. Bo kto tak naprawdę zna swojego sąsiada? Jedyna okazja do „pogawędki” nadarza się, gdy zaparkuje na naszym miejscu lub gdy zalejemy mu sufit. Czasy, gdy ludzie nieznajomi zapraszali się na przysłowiową wódkę, minęły bezpowrotnie. Pożyczenie szklanki cukru jest wielkim nietaktem, a podjęcie rozmowy w windzie spotyka się z rozbieganym wzrokiem, świadczącym o chęci, jak najszybszego wydostania się z niej.
Będąc w Ottawie, stolicy Kanady, widziałam, że można fajnie rozwiązać wiele problemów. Miasto może być przyjazne każdej grupie. Wszędzie domki, trawniki, place zabaw, miejsca wydzielone dla psów. Nawet, gdy szło się przez centrum, to z każdej strony był kawałek zieleni, pełno ławek, miejsc dostosowanych do osób niepełnosprawnych. Ludzie nie odczuwają potrzeby, by wyjeżdżać, bo mają spokój na wyciągniecie ręki. Nikt sobie nie przeszkadza, nie robi problemów. Miasto idealne dla rodzin i ludzi, którzy pragnął żyć daleko od zgiełku i hałasu, będąc równocześnie w stolicy kraju. Każdy znajdzie coś dla siebie bez morderczego wyrywania i rozpychania łokciami.My natomiast węszymy na każdym kroku niebezpieczeństwo. Widzimy psa bez kagańca, od razu myślimy, że nas pogryzie, patrzymy na biegacza w nocy, mamy wizje, że to napastnik, który chce nam ukraść pieniądze, odgradzamy dzieci na placach zabaw, bo każdy nieznajomy to potencjalny pedofil.

Ottawa nie jest idealna, zawiera się tam jedynie znajomości cukrowe, powierzchownie, przesiąknięte przyklejonym uśmiechem. Z naszą mentalnością nam to jednak nie grozi, ale można byłoby wykorzystać potencjał, który daje przestrzeń miejska w ciekawy, pożyteczny i świeży sposób. Tworząc inicjatywy, stawiając na kulturę, uwzględniając potrzeby pojedynczych grup, tym samym integrując i zachęcając mieszkańców do wyjścia z mieszkań, rozkładania kocyków w parkach, spędzania czasu na ławkach, kawiarniach i zwykłego przebywania. Niech miasto zacznie znowu przyciągać, stanie się przestrzenią różnorodności, a kolor niech zapanuje na ulicach!