Muzykobrednie

Pin It

Słyszeliście może o terapii dźwiękiem? Mi się obiło parę razy o uszy, jednak nigdy nie zwróciłam na tę ‚specjalizację’ większej uwagi. Rozumiem, że dźwięk może na nas wpływać na różne sposoby, co jest udowodnione od badań nad zwierzętami, poprzez konkretne przypadki, dotyczące ludzi. Nawet Oliver Sacks pisał o swoich pacjentach, chorych na choroby neurologiczne, którzy pod wpływem pewnych melodii nagle odzyskiwali ‚świadomość’, czy też stawali się bardziej sprawni ruchowo i można było z nimi nawiązać namiastkę kontaktu. Dla bardziej dociekliwych polecam książkę Muzykofilia, jednak każda pozycja Oliviera Sacka, przeze mnie przeczytana, zawiera informację, dotyczące wpływu muzyki na mózg. Tak samo oczywiste jest, że muzyka wpływa na nastrój, poprawia koncentrację, może relaksować, denerwować, pobudzać, wyciszać itd. Dźwięki na nas wpływają i nie ma z czym dyskutować.

Sytuacja wydaje się bardzo klarowna, jest to wiedza dostępna. Z drugiej strony, jak to zazwyczaj bywa, jest to świetna dziedzina, aby różnego rodzaju naciągacze mieli pole do popisu. Gdyż obecnie można ze wszystkiego zrobić terapię, nawet z zwykłego podcierania tyłka. I dlatego znajdą się ludzie, którzy węszą kasę i pragną zarobić na naiwności.

A niestety, z tego co widziałam, pewne osoby kupią wszystko. Niech tylko padnie parę słów trudniejszych, nawiązanie do transcendencji, powiązanej z terminami naukowymi, to niemal gwarantowana kasa. I tak było również w tym przypadku.

Zebraliśmy się w pracowni, położyliśmy się na ziemi (co poniektórzy) i mieliśmy słuchać dźwięków, co akurat najbardziej mnie interesowało. Niestety już na wstępie zaczęło mi to wszystko brzydko pachnieć. Dowiedziałam się z wykładu, który pan i pani wygłosili, że dźwięki, które usłyszę zmienią (transformują) moje DNA, wnikną w moje ciało, odkryję praprzyczynę (wft?) swoich dolegliwości, jednak odpowiedź może nie nadejść od razu, najprawdopodobniej będę musiała zaczekać kilka dni – podobno tak też bywa. Padło parę zdań o świętości instrumentów, nawiązanie do Boga też było. Między dźwiękami pan zaśpiewał piosenkę, w której refrenem były słowa panta rei, powiązane z Bogiem i czymś tam jeszcze. W ogóle nie trzymało się to kupy i czułam się niemal jak na oazie, ponieważ struny gitary nawiązywały jednoznacznie do religijnych pieśni.

Niestety muszę być sprawiedliwa, sama muzyka była przyjemna, rzeczywiście relaksowała, ale tak samo jak koncert na żywo muzyki klasycznej, nie odczułam żadnego orgazmu, mrowienia, wychodzenia z ciała, a tym bardziej moje komórki nie nawróciły się na właściwą ścieżkę. Może jak zrobiłabym badanie tarczycy na następny dzień, to okazałoby się, że Hashimoto mi się cofnęło, ale szczerze wątpię. Moim zdaniem to nic innego, jak kolejne szarlataństwo, naciągactwo i pseudonaukowości. Mam nadzieję, że kiedyś ludzie zrobią się bardziej sceptyczni, a na każde łączenie jakiegoś słowa z terapią, będą reagować podejrzliwie.