Pin It

Od małego słyszymy: siedź cicho, nie wierć się, wyprostuj się, uspokój się, nie szalej…Nasze tresowanie zaczyna się już w przedszkolu i kontynuowane jest w szkole, na studiach, w pracy.

A początki wyglądają bardzo niewinnie: należy być grzecznym, spokojnym, nie krzyczeć, leżakować, nie rozrabiać podczas jedzenia. Wyznaczony czas na zabawę, ale tylko taką kontrolowaną, ustalone godziny posiłków, spania, wszystko narzucone z góry, bez uwzględnienia energii, która powinna charakteryzować każde dziecko. To samo dzieje się w szkole. Siedzenie przez 8 godzin w ławce, ciężkie tornistry, dużo zadań domowych, brak możliwości swobodnej zabawy. Przytłacza to i gasi. Alternatywą może być w-f, ale również nadzorowaną, jasno określoną. Nie ma miejsca na spontaniczność. Każde odchylenie od normy jest nieakceptowane i piętnowane. W przedszkolu dziecko wysyła się do kąta i każe zostać tam, póki się nie uspokoi; w szkole ciągle słyszy uwagi. Do tego jeszcze mnóstwo nadprogramowych zajęć: angielski, tenis, piłka nożna, francuski, szkoła muzyczna, liczne korepetycje – wszystko po to, żeby opanować nadpobudliwości i sprostać wymaganiom społecznym. Dzieci zatracają się i wypalają. Natomiast te nieliczne, które jeszcze się buntują, są wysyłane do psychologów albo lekarzy, diagnozujących ADHD czy inną „jednostkę chorobową”. Zostają zapisane jakieś leki i dziecko staje się „normalne”.

A przecież nie o to chodzi. Energa jest dzikim, nieokiełznanym żywiołem, który powinien nas pozytywnie rozsadzać od środka. Nie można jej kontrolować. Nie bez kozery mówi się o człowieku, że może być wulkanem energii. W procesie wychowawczym zatraciliśmy gdzieś tę wyzwalającą siłę, czasem niebezpieczną, ale zarazem niesamowicie twórczą. Bez energii, zmieszanej ze zwykłym chceniem i pragnieniem, nie byłoby nas – całej ludzkości – na etapie, jaki osiągnęliśmy. To właśnie energia pcha nas w stronę postępu, nowych idei i cudownych pomysłów, zmieniających wszystko. Dzięki niej po prostu możemy być. Więc dlaczego aż tak bardzo staramy się, by zgasić ją u najmłodszych i również później? Dzieje się tak poprzez różnego rodzaju procesy socjalizacji, nakazy, zakazy, dokładny harmonogram zajęć, brak spontaniczności. Czy naprawdę aż tak bardzo boimy się tego nieokiełzanego żywiołu? Czasem patrzymy na siebie i innych, i myślimy, że mamy na sobie taką skórą, sztuczną powłoką, tłumiącą naszą energię i nie pozwalającą jej się wydostać. Tkwi zamknięta w nas i nie może zamienić się w twórczą siłę, która mogłaby nas ponieść z nurtem. My niestety, wolimy stłamsić ją, zamiast poddać się jej i uwolnić ją. Nasze ciała się buntują od tego nieustannego napięcia, popadamy w depresje i inne choroby. Stąd też bierze się niezwykła popularność różnych terapeutów, naciągaczy, i mniej szkodliwych antystresowych książek (w księgarni jest ich cała masa, co chwilę widzę kolorowanki dla dorosłych, zabawy, w których powinno połączyć się punkty, czy też dokładne instrukcje, co należy zrobić na każdej z kolejnej kartek: podrzyj ją, złóż, wyrzuć, narysuj kropki, kwadraty, trójkąty, podrzuć itp.). Podobno jest „to nowy sposób na relaks, odstresowanie, przyjemność, kreatywność.

Nie mogę jednak uwierzyć, że to lepsze niż zwykłe, staromodne uczenie się rysunku, malowania, gry na instrumencie albo w szachy, czy po prostu poznawanie nowych rzeczy. Naprawdę aż tak trudno usiąść ze zwykłą, pustą kartką papieru i bez żadnego planu, zupełnie spontanicznie coś narysować? Uwolnić pierwotną siłę w tak banalnej czynności, jaką jest szkicowanie, gra na gitarze czy żmudne siedzenie nad sztalugą, a później poczuć satysfakcję, gdy w końcu nam coś wyjdzie i nasze „dzieło” nabierze realnych kształtów. Czy musimy na każdym kroku wykonywać polecenia innych? Przypomina to lekcje, na których nauczyciel mówi nam, co mamy robić, jak myśleć, co czuć, jaką interpretację przyjąć i jakie punkty połączyć. Niestety, w życiu dorosłym często powielamy te zachowania w pracy, w domu, czy też w najbardziej intymnych sferach naszej prywatności. Za każdym razem słuchamy, co inni nam mogą zaproponować i ślepo podążamy za nimi. W tym przypadku jest podobnie. Nic nie tworzymy, niczego się nie uczymy, tylko znowu katujemy nasze ciała żmudną czynnością i przysłowiowym dzióbaniem, a efekt i tak wyląduje w koszu. Może dlatego warto pozwolić, by energia wypłynęła z nas, bez kompleksów, zastanawiania się i poczucia winy. Dać się ponieść, popłynąć, zanurzyć się w niej, niemal utonąć, może dopiero w ostatniej chwili złapać powietrze. A nie hamować, dusić ją w środku, bo tak wypada, i tak nas nauczono, a później płacić za kolejnych terapeutów, psychiatrów…

Na samym początku możemy zbuntować się przeciw szkodliwemu mitowi ADHD, dać dzieciom możliwość niekontrolowanej zabawy, z całym tym krzyczeniem, bieganiem, biciem się, szturchaniem, siniakami. Ale zwykłe siedzenie na dywanie z zabawkami i szeptanie do siebie też jest twórcze. Wcale nie musi świadczyć o zaburzeniach, nadwrażliwości. A nawet jeśli, to co z tego? To jest właśnie ta normalność, i to my ją określamy. Niestety, niektórzy chcą nam odebrać taką możliwość, wmawiając, że wykonywanie poleceń, siedzenie cicho i myślenie tak, jak inni, to najlepsze, co może nas spotkać. Bo wtedy mamy zapewnione pozorne poczucie bezpieczeństwa i przewidywalność. Jest to jednak złudne i odbywa się kosztem wolności, nierozerwalnie związanej z czystą energią. Dzięki niej możemy stać się takim twórczym, eksplodującym, nieokiełznanym wulkanem, którego nie da się zatrzymać. Bądźmy po prostu żywiołem, a reszta sama się wydarzy.

BE-nr-06_07-2016-FB-okladka-212x300

Artykuł ukazał się w Be Magazyn http://www.bemagazyn.pl/